Paweł Dziemski

Koneserzy

 

W małym, mrocznym pokoju dziewczyna grała na skrzypcach. Oczy miała zamknięte, a usta zacisnęły się tworząc kreskę. Z całej jej twarzy emanowało skupienie. Kosmyk włosów zaczesanych gładko do tyłu i spiętych gumką obsunął się i dotknął zamkniętych oczu. Kropla potu spłynęła po skroni. Muzyka przenikała poprzez półmrok rozpraszany tylko nikłym światłem lampy naftowej i wypełniała cały pokój. Delikatne tony dotykały starego fotela i poczerniałej komody. Odbijały się od miękkiego dywanu, ulatywały pod sufit i spływały muskając szary sweter grającej.

Rytm muzyki zmienił się nagle, melodia przyspieszyła. Smyczek coraz szybciej migał po strunach. Palce dziewczyny z niezwykłą pewnością i precyzją zmieniały położenie na gryfie. Twarz grającej zastygła w napięciu. Palce nie przestawały tańczyć na strunach, muzyka cyrkulowała dookoła pokoju. Była prawie widoczna, namacalna. Jeszcze jedna nuta po szybkim przejściu i skrzypce umilkły raptownie w perfekcyjnym zakończeniu frazy. W powietrzu wisiał jeszcze dźwięk skrzypiec.

Skrzypaczka nie otwierając oczu spuściła ręce wzdłuż boków i odetchnęła głęboko. Nadgarstkiem odgarnęła kosmyk z twarzy i powoli otworzyła oczy.

W fotelu siedział mężczyzna.

Dziewczyna zesztywniała o mało nie upuściła instrumentu. Zdumiona nie mogła wyksztusić z siebie ani słowa. Mężczyzna powoli wstał i uśmiechnął się. Miał równe, białe zęby.

Płomień urósł i Joanna zobaczyła, że nieznajomy ma ciemną karnację Hiszpana czy Włocha. Ubrany był w czarny garnitur najlepszego gatunku z czerwonym goździkiem w klapie. Jego orzechowe oczy patrzyły na nią z sympatią.

Joanna z ociąganiem wzięła kwiat z rąk nieznajomego

Joanna zrobiła zdziwioną minę, ale pokiwała głową wyrażając swoją zgodę. Konrad odetchnął i zaczął mówić.

Spojrzał wyczekująco na Joannę, ta jednak siedziała wpatrzona w jego lśniące oczy.

Przerwał na chwilę. Wpatrywał się przez chwilę niespokojnie w ciemny kąt pokoju. Joanna przestraszyła się nagle. Dziwne, ale wierzyła we wszystko, co mówił. Zawsze miała jakby szósty zmysł, który mówił jej kiedy ludzie kłamią. Tym razem, chociaż rozsądek mówił jej że opowiadanie mężczyzny nazywającego się koneserem jest kłamstwem, ten zmysł szeptał, że Konrad nie kłamie. A może jest szalony, przemknęło jej przez myśl. Konrad ocknął się i kontynuował.

Wyciągnął dłoń w jej kierunku. Dziewczyna z wahaniem podała mu swoją.

Błysk.

Muzyka była piękna.

Światło delikatnie zamigotało i zgasło. Powoli wzeszedł księżyc. Ujrzała plażę skąpaną w srebrnym blasku. Wdzierały się na nią ciemne fale delikatnie tocząc się chwilę po piasku i cofając z powrotem. Po czarnej powierzchni tańczyły srebrne refleksy układające się w rożne wzory i zmieniające się jak w kalejdoskopie. Muzyka cały czas unosiła się w powietrzu i niby wiatr popychała fale.

Na początku prowadził obój, potem temat przejęły skrzypce, by po chwili wycofać się i dopuścić do głosu tajemniczo brzmiący instrument o niskim, chropowatym, kojąco niskim głosie. Co jakiś czas dołączały się nowe instrumenty, potem odchodziły, by zrobić miejsce nowym. Linie melodyczne przeplatały się w nieznanej wcześniej Joannie harmonii. Dziewczyna szybowała wysoko nad ziemią, ukazywały się pod nią coraz to nowe krajobrazy. Góry o złoconych szczytach o zachodzie słońc, błękitne pola firnowe odbijające delikatną poświatę księżyca, stepy modrej trawy ciągnące się jak szmaragdowy ocean usiany od czasu do czasu wysepkami czarnych skał.

Jej unoszoną harmonią duszę przepełniał błogi spokój, świadomość, że nie musi się szarpać z życiem, że może wtopić się w cudowną muzykę. Nagle zapragnęła włączyć się do Orkiestry, zapragnęła podjąć temat i rozwinąć go. Miała już gotowy pomysł, dwa , trzy, sto pomysłów, wiedziała, że podoła, że wspólnie stworzą byt doskonały.

Wystrzał ciszy spowodował szok. Ostry wstrząs, który targnął jej jaźnią. Lodowate igiełki przerażenia powędrowały po jej kręgosłupie. Cisza krzyczała przejmując przerażeniem serce. Oczom dziewczyny ukazał się ponury krajobraz. Pod ołowianym niebem rozciągała się bezkresna równina. Spalona i popękana jak wyschnięte bagno ziemia skwierczała z gorąca. Tu i ówdzie dostrzec można było pogruchotane szkielety różnych, obcych stworzeń, których kończyny wykręcone były pod niesamowitymi kątami. Cisza uderzyła ze zdwojoną mocą, zdawało się, że zaraz rozerwie bębenki, zmiażdży mózg i rozerwie czaszkę. Chciała krzyknąć, ale coś stanęło jej w gardle. Nie mogła przełamać atawistycznego strachu przed mroczną ciszą. Strachu, którzy nasi pierwotni przodkowie odpędzali bijąc w bębny i pokrzykując. Z jej gardła wydobył się w końcu zduszony jęk, który nabrawszy mocy przerodził się w pradawny wrzask.

Siedziała w swoim pokoju. Za oknem w świetle latarni wirowały płatki śniegu. Konrad siedział na przeciwko trzymając jej ręce w swoich dłoniach. Joanna oddychała z trudem. Na czole czuła zimne krople.

Joanna powoli skinęła głową.

Dziewczyna siedziała i wpatrywała się w niego. Zdała sobie sprawę, że jej dłonie tkwią w zaciśniętych dłoniach mężczyzny.

Dziewczyna wyszarpnęła dłonie z uścisku nieznajomego. Powoli zaczęła je rozcierać. Na jej twarzy nie widać było wahania.

* * *

Cały następny dzień Joanna chodziła jak we śnie. Po doznaniach ubiegłego wieczoru wszystko wydawało jej się mdłe i nijakie. Szare mury akademii, szare twarze wykładowców, którzy mówili o muzyce jak biolog o zdechłej żabie. Tu mięsień, a tu ścięgno. Tu nuta, a tu interwał. Przerażały ją nijakie twarze kolegów, bezmyślność, głupawe śmiechy. To wszystko było nieważne. Tam czekały na nią niesamowite doznania, prawdziwa żywa i nieskażona muzyka. Świat dźwięków o skali niewyobrażalnej dla ludzkiego rozumu. Muzycy nie skrępowani sztampowymi rozwiązaniami. Twórcy.

W drodze do domu spoglądała na zakutanych w futra ludzi. Nie będzie jej żal opuszczać tego miejsca. Bo co ją tutaj trzyma? Przyjaciele? Banda durniów chcących załapać się na posadkę w filharmonii. Perspektywy? Nie widziała żadnych. Pieniądze? Nie bądźmy śmieszni.

Decyzja została podjęta. Joanna pewnym krokiem weszła do bramy.

* * *

W mroźny zimowy wieczór do drzwi małego pokoiku na poddaszu zapukał przysadzisty korpulentny osobnik. Odczekawszy chwilę sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął chustkę. Powolnym ruchem otarł spoconą, zmęczoną twarz, na której malowała się determinacja. Schował chusteczkę do kieszeni szarego, wygniecionego garnituru.

Drzwi skrzypnęły. W szparze ukazała się twarz dziewczyny.

Joanna otworzyła drzwi o odsunęła się. Obcy wsuną się obok niej do środka. Teraz, w świetle lampy wyglądał na pięćdziesięcioletniego, zmęczonego urzędnika. Jego wzrok padł na otwartą walizkę. Spojrzał stalowoszarymi oczyma na dziewczynę.

Usiadł ciężko na krześle. Zdecydowanym ruchem sięgnął do kieszeni i wydobył papierosa. Zrobił ruch, jak gdyby chciał go włożyć do ust, jednak rozmyślił się i położył na stole. Joanna usiadła na łóżku.

Siedzący popatrzył na nią ze współczuciem.

Spojrzał na otwarty futerał. Spoczywały w nim skrzypce otulone czerwonym suknem. Refleks światła zalśnił na polerowanej powierzchni. Mężczyzna wskazał skrzypce.

W głowie Joanny kłębiło się stado myśli. Wysoki Konrad, dźwięk jego głosu, skrzypce, geniusz. Człowiek o twarzy urzędnika.

Joanna zauważyła że mimo podniesionego głosu i twarzy zniekształconej grymasem oczy jego wciąż pozostawały te same. Ciemne i głębokie. Bez uczuć.

Johan spokojnie zaciągając się papierosem słuchał tyrady człowieka we fraku. Na jego twarzy zarysował się cień uśmiechu.

Nagle Johan z szybkością, której nikt by się po nim nie spodziewał rzucił papierosa i doskoczył do skrzypiec. Chwycił je za gryf delikatnie, lecz pewnie. Joanna patrzyła przerażona.

Blady jak ściana Konrad odwrócił się do niego plecami. Jego wzrok padł na twarz Joanny

W pokoju na poddaszu zapadła cisza.

* * *

Siedzieli przy kominku. Mężczyzna wydawał się być starszy o pięć lat od czasu kiedy wszedł do pokoju.

Przerwał na chwilę. Wydawał się bardzo znużony. Joanna słuchał z przymkniętymi oczami. Odpocząwszy chwilę Johan kontynuował.

Delikatnie ujął gryf i przyłożył instrument do ramienia. Oparł brodę i zastygł na chwilę z zamkniętymi oczami w pozie oczekiwania. Nagle smyczek dotknął strun i melodia zaczęła się rozwijać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Joanna również przymknęła oczy i wsłuchała się z lubością w czyste tony skrzypiec trzymanych przez pewne i zręczne ręce.

* * *

Za oknem tańczyły płatki śniegu. W małym, mrocznym pokoju, starszy mężczyzna grał na skrzypcach.

 

Warszawa 20 XII 93, 5 XI 99

Tekst ten jest własnością intelektualną. Może być kopiowany wyłacznie w całości. Masowe rozpowszechnianie bez zgody autora zabronione