Pawel Dziemski

Szemkel

Na poczatku mialo byc inaczej
Swietliste kregi chory i stopnie abstrakcji
Ale nie udalo sie oddzielic dokladnie
Ciala od duszy i przychodzila tutaj
Z kropla sadla nitka miesni
Trzeba bylo wyciagnac wnioski

Zbigniew Herbert, “Sprawozdanie z raju”

 

Szemkel potarl szorstka dlonia nieogolony policzek i wystawil lokiec przez okno. Po chwili cofnal go jednak z rezygnacja. Do ciezarowki dostawalo sie za duzo pylu. W skwarze poludnia, bez klimatyzacji nie prowadzi sie najlepiej, szczegolnie gdy jedzie sie taka stara rozklekotana ciezarowka po takim bezdrozu jak ta pustynia. Skrecil przy umowionym miejscu – starej, rozpadajacej sie szopie. Przejechal jeszcze pare metrow, zatrzymal woz i zgasil silnik. Nie za blisko. Niech kawalek dojda. Nie jest przeciez ich szoferem.

Siegnal do kieszeni i wyciagnal paczke papierosow. Byla pusta. Zaklal i z wsciekloscia cisna paczka, jakby to ona byla winna.

Za stodoly wyszlo czterech ludzi. Trzej byli ubrani w szare drelichy gorszego gatunku niz czarny kombinezon Szemkla. Jeden mial na sobie bezowy prochowiec. Szemkel poprawil polowa czapke, otworzyl drzwi i wyskoczyl z pojazdu. Wiatr podniosl tuman kurzu i wszyscy musieli zaslonic twarze, by gryzacy pyl nie odstal sie do oczu i do nosa.

  • Mogles podjechac blizej – powiedzial Bezowy z wyrzutem.
  • Moglem – Szemkel znow poprawil czapke – Skad sa Ci? Kotlownia, czworka ?
  • Oj Szemkel, Szemkel – usmiechnal sie Bezowy – za duzo chcielibyscie wiedziec, a czy to warto? Popatrz tylko na nich. Czym oni sa, zebys sie nimi interesowal? Towar jak towar, papiery tez jak prawdziwe. Towar pierwsza klasa, papiery tez jak prawdziwe. Towar pierwsza klasa, wybrakowanych nie dostarczamy – zasmial sie ze swojego zartu, ale szybko spowaznial – Ale przeciez wiesz, stary, ze nie moge ci powiedziec, nie? No, trzymaj, Reisepapieren. Wieziesz dwoch duchownych i meczennika.

Szemkel skrzywil sie.

  • Duchowni i meczennicy? Czyscie tam na leb upadli? To szyte zbyt grubymi nicmi i zbyt bezczelne jak dla mnie. Z reszta, czy oni wygladaja na duchownych?

Rzeczywiscie. Dwaj z trzech stojacych niepewnie mezczyzn mial zwaliste sylwetki a ich twarze kamienny wyraz. Trzeci przypominal lisa. Jego policzek zdobila blizna od noza.

  • Bezowy, czy ty mnie chcesz wykończyc? Jak mozna byc tak durnym? Przeciez mozna byloby zrobic z nich robotnikow. Na kilometr widac, ze to bandziory.

Mezczyzna w plaszczu podniosl rece w gescie bezradnosci.

  • Gora, kochany, gora zadecydowala. Masz papiery, ty pesymistyczny aniele i wpychaj ich do skrzyni.

Szemkel siegnal do kieszeni i wydostanymi z niej kluczykami otworzyl tylnie drzwi ciezarowki. W srodku pod scianami siedzialo juz troje pasazerow. Gdy nowi zaczeli wchodzic do ciezarowki Szemkel pomyslal, ze przydala by sie mu palka. Ot tak, dla samoobrony. Wiadomo co kto ktory zrobi? Ale zaraz skarcil sie za swoja glupote. Kto chcialby uciekac z tego transportu? Chyba tylko wariat, ale ci jechali specjalnymi pociagami, a nie ciezarowkami. Z westchnieniem zatrzasnal drzwi. Papiery podrozne schowal do kieszeni na piersi.

  • No to czesc, Bezowy, jade.
  • Czesc, stary. I nie martw sie. Wszystko bedzie dobrze.

Szemkel splunal i wsiadl do ciezarowki. Bezowy skierowal sie w strone szopy. Aniol przekrecil kluczyk w stacyjce. Pomyslal, ze mogl wziac od bezowego papierosa. Ze zloscia zmienil bieg.

* * *

Wlasciwie spodziewal sie tego od poczatku, ale mimo to byl zaskoczony. Dlaczego wlasnie teraz. Przeciez wystarczylo zrobic jeszcze kilka kursow i bylby wolny. A Anna z nim.

Samochod kontrolerow zauwazyl z daleka, jednak nie zmienil kierunku jazdy. Istniala mozliwosc, ze papiery Bezowego sa tak dobre, ze kontrolerzy nie rozpoznaja oszustwa. Gdy terenowy samochod zblizyl sie do ciezarowki Szemkel zatrzymal pojazd. Woz kontrolerow podjechal jeszcze blizej, tak, ze aniol mogl zobaczyc ze w samochodzie siedza jeszcze trzy osoby. Gdy poznal twarz jednego z nich jego nadzieja prysla. Dedrael znal sie doskonale na dokumentach, znal wiekszosc najnowszych metod falszowania. Tego wymagala jego praca. Byl dosc niski, ale Szemkel pamietal, ze dawniej Dedrael byl obiecujacym bokserem wagi lekkiej. Po ciezkiej kontuzji kolana nie wrocil do boksu i utykal, ale wciaz byl bardzo szybki. Keidys, na dole, zaczepilo go dwoch facetow, takich twardzieli z kwadratowymi szczekami. Chcieli pieniedzy. Jeden mial szczescie, doznal tylko zlamania szczeki. Drugi mial go mniej. Wyladowal w szpitalu ze wstrzasem mozgu. Potem Dedrael mial kloppoty. Nigdy juz nie puscili go na dol. Pracowal jako kontroler, ale nie lubil swojej pracy, co nie znaczy, ze nie wykonywal jej dokladnie.

Papiery od Bezowego musialyby byc najwyzszej jakosci by ten kontroler dal sie oszukac.

Podczas gdy Szemkel snul swoje smetne rozmyslania Dedrale wysiadl z jeepa i podszedl do ciezarowki. Kierowca niechetnie otworzyl drzwi i wyskoczyl. Buty zaglebily sie w goracy piach.

  • Czesc Szemkel, jak leci? – spytal od niechcenia kontroler.
  • Tak jak zawsze – wybelkotal zagadniety podajac dokumenty.

Dedrael siegnal do kieszeni i wyciagnal okulary. Nagle twarz jego stezala. Oho, pomyslal Szemkel, to juz koniec.

  • Otworz drzwi skrzyni.

Szemkel z rezygnacja ruszyl powoli na tyl ciezarowki. Dwaj pomocnicy wysiedli i zblizali sie szybkim krokiem. Przewoznik wyciagnal klucze i otworzyl drzwi. Ludzie w srodku zaslonili oczy w ochronie przed jaskrawym swiatlem. Kontroler bystro rozejrzal sie po pomieszczeniu, a nastepnie zajrzal znow w papiery. Przywolal reka dwoch podwladnych. Gdy ci ustawili sie po obu stronach wejscia do ciezarowki Dedrael podszedl do jeepa i wzial do reki radiotelefon. Z aparatem w jednej rece i papierami w drugiej odszedl na taka odleglosc, aby nie slyszeli jego rozmowy.

Szemkel obserwowal to wszystko beznamietnie. Czul jak zapada sie w siebie. Jakis niesamowity ciezar osiadl mu na sercu i zoladku. Czul sie ciezki, nieczuly i obojetny. Mysli wlokly sie ospale i z trudem.

Wiec to koniec. A co potem? W najpomyslniejszym wariancie przeniesienie. A jesli nie? Na ile lat zostanie pod specjalnym nadzorem? Jak dlugo nie bedzie mogl swobodnie o czyms pomyslec, bez obawy, ze wlasnie dyspozytor czyta jego mysli?

Najciezsza jednak kara byloby wyczyszczenie. Wzdrygnal sie na mysl o bialej mgle okrywajacej jego wspomnienia. A co z Anna, pomyslal i przez chwile przez znieczulajacy ciezar przedarl sie impuls bolu. Obojetnie jaki otrzyma wyrok, juz nigdy jej nie zobaczy. Wykroczenie raz na zawsze odbieralo szansa na urlop na dole. Wiec nigdy nie ujrzy jej glebokich brazowych oczu? Nigdy ni dotknie smuklych rak?

I w tedy ciezar opadl. Szemkel poczul fizyczny, przeszywajacy bol w zoladku. Zgial sie wpol i upadl na kolana.

Obydwaj straznicy wpatrywali sie zaskoczeni. Spodziewali sie wielu rzeczy, ale nie tego. Pierwszy z nich doskoczyl do Szemkla, drugi krzyknal do Dedraela i zatrzasnal zdziwionym pasazerom drzwi przed nosem. Dedrael, ktory wlasnie skończyl rozmawiac, wrzucil radiotelefon do samochodu, podbiegl do nich i kucna przy kleczacym

  • Co ci Szemkel, nie wyglupiaj sie! Wsiadaj do ciezarowki, jedziemy do centrali. I tak trzeba tam pojechac. No, wstawaj, musimy sie zwijac.

Wstal i cofnal sie o krok. Szemkel z trudem wyprostowal sie i spojrzal w oczy Dedraelowi. Kiedy kontroler zrozumial, byl juz za pozno. W polowie bokserskiego uniku ciezki but Szemkla uderzyl go w splot sloneczny. Kontroler wydal z siebie tylko syk i nogi sie pod nim ugiely. Padal powoli, jak na zwolnionym filmie, ale Szemkel juz tego nie widzial. Biegl. Dwaj straznicy otrzasnawszy sie z szoku ruszyli w poscig, ale uciekajacy byl juz prawie przy samochodzie kontrolerow. W glowie pulsowala mu jedna mysl: Kluczyki. Niech tam beda kluczyki.

Byly.

Szemkel wskoczyl na siedzenie kierowcy i zastartowal woz ruszajac gwaltownie w chmurze pylu i zastawiajac za soba biegnacych jeszcze przez chwile kontrolerow

Nagle wybuchnal smiechem. Kluczyki od ciezarowki mial ciagle w dloni.

* * *

Pol roku wczesniej Szemkel dostal urlop i przepustke na dol. Z dwoma kolegami zmaterializowano go w duzym miescie. Zaczeli zwiedzac bary. Po jednej z takich eskapad, na ciezkim kacu zszedl do sklepu i tam po raz pierwszy ujrzal ja. Nie byla klasyczna pieknoscia, ale od kiedy ja zobaczyl, nie mogl przestac o niej myslec. Nie wiedzial co go w niej urzeklo. Sposob w jaki sie usmiechala, niezdecydowanie przy wyborze platkow? Wrocil na kwatere znokautowany. Potem co rano chodzil do tego sklepu. Przy drugim spotkaniu skinal jej glowa, przy trzecim juz rozmawiali, potem wszystko potoczylo sie jak lawina. Po pewnym czasie opuscil kwatere i zamieszkal z nia. Powiedzial, ze jest marynarzem – mialo to usprawiedliwic jego wyjazd. Powiedzial, ze ma rejs, ze to wynika z kontraktu jaki podpisal i ze za trzy miesiace wroci. Plakala. Mowil wiele rzeczy. Myslal o znalezieniu sposobu, o wyrwaniu sie na stal.

W centrali juz czekala na niego niespodzianka. Przeniesieni, Z dobrej posady wykopali go do transportu. Nigdy ni doowiedzial sie dlaczego, nie postawili mu przeciez formalnych zarzutow. Od tego czasu przemierzal pustynie w zdezelowanej ciezarowce. Urlopu wiecej nie dostal. Na poczatku szukal sposobu powrotu na dol, ale nie odniosl zadnych sukcesow. Prawie stracil nadzieja. I wtedy spotkal bezowego.

* * *

Terenowy samochod zatrzymal sie obok starej szopy. Szemkel wysiadl trac czerwone od drobin piasku oczy. Czul zmeczenie naplywajace coraz wiekszymi falami. Oddalby wszystko za pare godzin snu, wiedzial jednak, ze nie moze sobie na to pozwolic. Uchylil skrzypiace drzwi i wszedl do srodka. Bezowy siedzial na skrzynce i palil papierosa. Na przeciwko mezczyzny stal portal. Nielegalny, pomyslal Szemkel, portale moga byc uzywane tylko w centrali. Bezowy odwrocil sie i obrzucil Szemkla zaskoczonym spojrzeniem. Po chwili wszystko zrozumial.

  • Cholera jasna! Jak to sie stalo?

Szemkel usiadl na skrzynce na przeciwko i zaczal opowiadac. W polowie opowiesci Bezowy podniosl sie i zaczal nerwowo przechadzac sie po szopie. W końcu stanal przy oknie i wygladal przez brudna, na wpol wybita szybe. Gdy Szemkel skończyl, stal tylem do niego.

  • Niedobrze – odezwal sie Bezowy jakby do siebie – Chlopaki wpadli, a mieli do wykonania wazna robote w centrali. I co ja teraz u nas powiem? Niedobrze.

Na chwile zapadla cisza. Szemkel odezwal sie pierwszy.

  • Sluchaj, Bezowy, przed tym wszystkim obiecales mi, ze jak zrobie swoje, wykasujesz mnie z ewidencji i wyslesz na dol. Nadstawialem karku tylko dlatego, wiesz o tym. Niedlugo tamci zaczna przeszukiwac pustynie. Pojada po sladach jeepa. Zostawilem tam wszystkich. W dwie godziny dojda do centrali i o wszystkim opowiedza. Potem to juz kwestia minut. Wynosmy sie stad. Najlepiej od razu wyslij mnie na dol. Znam parametry. Jak portal bedzie gotowy do drugiego skoku, za jakas godzine skoczysz ty. Dokad tam chcesz. Wiec wsadz ten cholerny klucz w te maszyne i pryskajmy.

Drugi mezczyzna sluchal nie odwracajac sie od okna. W końcu przemowil cichym, matowym glosem.

  • Przykro mi Szemkel, ale nie ma takiej mozliwosci.

Na dzwiek tego glosu aniolowi ciarki przeszly po grzbiecie. Poderwal sie ze skrzynki.

  • Co ty gadasz do cholery...

Bezowy odwrocil sie. W reku trzymal czarny pistolet.

  • Plany sie zmienily, stary. Oni juz tu jada. Oprocz radia w wozie oni nosza przy sobie takie male, czarne pudeleczka. W razie potrzeby naciskaja guziczek i w centrali wiadomo, ktory patrol ma klopoty. Ty o tym nie wiedziales, nie jestes kontrolerem. A ja przeciez tam pracuje. Protal przeniesie na raz tylko jedna osobe, potem trzeba czekac godzina z hakiem na nowy skok. Nie moga mnie tu zastac, a ja nie moge ciebie tu zostawic. Jak powiedziales, to juz kwestia minut.

Szemkel patrzyl na niego rozszerzonymi oczyma.

  • Rany, Bezowy, nic im nie powiem

Mezczyzna z pistoletem usmiechnal sie smutno.

  • Jak cie zlapia, to najpierw wymonitoruja. Siach, ciach i na krysztale maja caly twoj umysl. Wyciagna z niego wszystko, a w szczegolnosci, kto nagral ci te robote. A tak sie sklada, ze nie chce zostac ujawniony jako agent i sabotazysta. Nie usmiecha mi sie, ze wyczyszcza mi mozg i cale dalsze zycie bede zastanawial sie kim bylem i co zrobilem odwalajac jakas beznadziejna robote na zapomnianym zadupiu.

Nagle oczy Szemkla zaplonely nadzieja.

  • Sluchaj, Bezowy, nie musisz mnie zabijac. To nie ma znaczenia, czy cos powiem, czy nie. I tak maja tych twoich bandziorow. Z nich wyciagna wszystko!

Ale nadzieja szybko zgasla.

  • Oni maja blokady. Najmniejsza proba transferu i chlopaki maja mozgi na scianach.

Nagle przerwal i chwile nasluchiwal. Szemkel glosno przelkna sline.

  • Chyba slysze warkot helikoptera – odezwal sie w końcu Bezowy – Przykro mi stary, nie chcialem tego. Naprawde nie chcialem. Zegnaj.

W chwili kiedy kończyl mowic, aniol rzucil sie w bok, za skrzynki. W locie pomyslal, ze znowu mu sie udalo, gdy poczul w lewym ramieniu eksplozje bolu. Ale zyl. I byl za skrzynkami.

Przez chwile mial nadzieje, ze opozni wyrok do momentu pojawienia sie kontrolerow, lub jego przeciwnik w pospiechu skorzysta z portalu. Ale Bezowy byl sumienny. Szemkiel uslyszal trzy szybkie kroki i ujrzal przed soba lufe pistoletu, a za nia twarz Bezowego, na ktorej rzeczywiscie nie odbijala sie nienawisc, a gleboki smutek.

  • Zegnaj

Klik.

Szemkel zrozumial pierwszy. Aniol rzucil sie z impetem na przeciwnika obalajac go na podloge. Bezowy uderzyl potylica o deski i wypuscil z reki broń. Szemkel podniosl ja szybko i uderzyl lufa w twarz przeciwnika. Bezowy zawyl.

Szemkel walnal.

Jeszcze raz.

Jeszcze.

Bil dlugo, gdy do jego swiadomosci dotarl ogluszajacy juz ryk helikoptera. Nie baczac na bol, zdrowa reka zaczal przeszukiwac lezacego. W kieszeni plaszcza znalazl portfel, z ktorego wysunela sie blekitna, plastikowa karta. Klucz.

Schowal pospiesznie portfel do kieszeni i ruszyl chwiejnie w kierunku portalu. Drzaca dlonia wsunal klucz w szczeline. Teraz kod. Znal go na pamiec. Tyle razy powtarzal go jak zaklecie. Swiatelka na pulpicie mrugnely porozumiewawczo. Szemkel zamknal oczy i postapil krok naprzod. W momencie, gdy przekraczal portal, przez drzwi i okna wpadli strzelajac napastnicy. Ale aniol byl juz w drodze.

* * *

Materializowanie sie nigdy nie nalezalo do przyjemnosci.. W dodatku nielegalny portal musial byc zle nastrojony i Szemkel pojawil sie metr nad ziemia. Upadl na twardy chodnik. Wygladal zle. Z nosa plynela mu krew, rece piekly po otarciu o beton. Ze zdziwieniem stwierdzil, ze ramie przestalo go bolec. Zamiast bolu czul tepe pulsowanie. Powoli, z wysilkiem podniosl sie i rozejrzal. Znajdowal sie w slepej uliczce duzego miasta, w dzielnicy dokow, pare przecznic od jej mieszkania. Zza chmur wyszedl ksiezyc i oswietlil zaulek, Szemkel pomyslal, ze chociaz noc mu sprzyja. O tej porze w tej dzielnicy nie spotyka sie wielu przechodniow, a wlasciwie trudno spotkac kogokolwiek.

Ranny aniol wszedl na glowna ulice. Ani zywej duszy. Ruszyl miedzy sklaniajacymi sie ku niemu obdrapanych budynkow uwazajac pilnie, by kolyszacy sie chodnik nie uciekl mu spod stop. Z trudem rozpoznawal zamazane przedmioty. Otarl rekawem krew z nosa i nacisnal mocniej czapke na oczy. Potrzasnal glowa i mgla przed oczami nieco sie rozrzedzila. Czul ciepla krew splywajaca mu po ramieniu i wsiakajaca w kombinezon. Nie wiedzial, ze wykrwawia sie na smierc. Myslal tylko o niej. W tamtej chwili niemal czul na sobie jej delikatne dlonie, czul jej oddech na policzku. Musi sie skoncentrowac. Nie moze zaslabnac kiedy jest tak blisko.

Nagle doszedl go warkot silnika. Szemkel poczul zimna fale panicznego strachu. Jesli to policja? Widzac rannego czlowieka na pewno zatrzymaja go do wyjasnienia. I co wtedy? Brak jakiegokolwiek dowodu tozsamosci, rana postrzalowa. Najpierw do szpitala, potem areszt i pytania. Gdyby chociaz mial modul powrotu. Ale po co? Na gorze juz pewnie ogloszono wiadomosc o jego zniknieciu. Kazdy kontroler zna juz pewnie twarz dezertera.

Szemkel rozejrzal sie nerwowo w poszukiwaniu jakiegos schronienia. Nie dojrzal zadnego ukrycia. Ulica biegla prosto, w polu widzenia nie bylo zadnych bocznych uliczek. Warkot silnika stawal sie coraz glosniejszy. Aniol zaczal biec. Przed oczami migaly mu czarne platki. Snop swiatla omiotl biegnacego. Ten stanal i zamknal oczy.

Otworzyl dopiero gdy uslyszal cichnacy odglos silnika. Czerwony samochod osobowy zniknal w oddali. Szemkel odetchnawszy ruszyl dalej.

Wreszcie ujrzal blok, ktory tak dobrze pamietal. Wszedl na znajome schody. Po drodze musial kilka razy odpoczywac, az stanal wreszcie przed drzwiami numer 22.

Przed swoja ucieczka wiele razy myslal o tej chwili. Przedstawial ja sobie w roznych wersjach i wariantach, ale teraz, gdy stal przed drzwiami moment wydawal mu sie dziwnie nierzeczywisty.

Uniosl reke i zapukal. Czekal. Dlugo.

Drzwi uchylily sie na tyle, na ile pozwalal lańcuch. W slabym, zoltym swietle nioslonietej, korytarzowej zarowki pierwszy raz od roku ujrzal twarz Anny.

Oczekiwal radosci, niedowierzania, lez, cieplego powitatania. Mylil sie. W brazowych oczach dojrzal zaskoczenie. Potem lek.

  • To ty, Myslalam...

Co sie dzieje do cholery! Czemu nie wpuszcza go do srodka. Co znaczy to spojrzenie?!

  • Nie mozesz teraz wejsc.
  • Kto to? Otwieraj, albo zamykaj te pieprzone drzwi! – odezwal sie z glebi mieszkania niski glos.
  • Kto to? – spytal Szemkel czujac pulsowanie rany.
  • Jan – odpowiedziala patrzac mu w oczy – mieszkam z nim. Myslalam, ze ty juz nie... Rok...Co to? Krew? Jestes ranny! Co sie stalo?

Szemkel poczul znajome odretwienie. Serce coraz bardziej ciazylo. Pluca odmawialy posluszeństwa. Stal tak i nie czul nic oprocz tepego pulsowania w ramieniu. Drzwi otworzyly sie na cala szerokosc. Zwalisty mezczyzna byl o glowe wyzszy od Szemkla. Ubrany byl w spodnie i siatkowy podkoszulek. Szemkel niejasno zdal sobie sprawe, ze zawsze nienawidzil siatkowych podkoszulkow.

  • No co jest, facet? Czego?

Szemkel przez chwile patrzyl w szeroka, sniada twarz mezczyzny. I nagle poczul wscieklosc. Wscieklosc na Bezowego, na szesc miesiecy telepania sie po pustyni, na kontrolerow, na tego tlustego wieprza w siatkowym podkoszulku i na pewnego cholernego idiote imieniem Szemkel. Usmiechnal sie paskudnie i cala ta wscieklosc wlozyl w jeden cios. Jego piesc wyladowala na plaskim nosie sniadego. Trysnela krew. Mezczyzna odsunal sie i potrzasnal glowa. Spojrzal na Szemkla, a gdyby spojrzenie potrafilo zabijac, na podlodze lezaloby juz tuzin martwych Szemklow.

  • Zabije cie, skurwysynu...

Aniol wybuchnal smiechem. To wszystko bylo jakas komedia, beznadziejnie napisana farsa. Musial zle wpisac kod i zjawil sie w innym miescie, gdzie mieszkala siostra Anny. Blizniaczki, pomyslal Szemkel, cholerne blizniaczki.

Smial sie do momentu, gdy poczul uderzenie. Korytarz przekrecil sie o dziewiecdziesiat stopni. Szemkel bez zdziwienia zauwazyl, ze sufit jest tak samo brudny jak sciany klatki schodowej. Potem sufit stal sie czerwony. A potem byly glosy.

  • Cholera, on jest dziurawy, ktos wczesniej kropnal skurwiela.
  • Biegnij do telefonu! Wezwij pogotowie! Nie widzisz, ze on krwawi? Biegnij, no nie stoj tak!

W polu widzenia pojawila sie zaplakana twarz dziewczyny. Zdziwiony Szemkel dotknal jej dloni i usmiechnal sie kojaco. Chcial cos powiedziec, zeby nie plakala, ze przeciez nic sie nie stalo.

Potem swiatlo zgaslo.

Dziewczyna podniosla sie z kleczek i biegiem ruszyla do sasiednich drzwi. Walila w nie piesciami, ale nikt nie otwieral. Walenie w kolejne drzwi rowniez nie przynosilo rezultatow. Wybiegla z klatki schodowej i ruszyla do budki telefonicznej, w ktorej stal juz mezczyzna w siatkowym podkoszulku, chociaz byl juz pazdziernik.

Po dwudziestu minutach przed domem zjawila sie policja i pogotowie. Pierwsi do klatki schodowej wbiegli dwaj lekarze, po nich policjanci. Po chwili wszyscy wyszli na ulice.

Sierzant O’Sullivan zmeczonym ruchem przetarl czolo.

  • Tam nie ma zadnego cholernego ciala, Burns. Nawet sladow krwi. Znowu pieprzone sukinsyny robia sobie z nas jaja.

Mlodszy policjant skinal glowa

  • Dzisiaj piatek, mogli sobie popic i ...
  • Zbieramy sie, Burns. Mam dosc falszywych wezwań na dzisiejsza noc.

Samochody odjechaly. Jednak gdyby ktos przechodzil, moglby uslyszec cichy placz dziewczyny stojacej na schodach przed domem.

* * *

W zupelnie innym miejscu, w duzej bialej sali, na stole operacyjnym lezal nieprzytomny mezczyzna. Jego lewe ramie bylo obandazowane. Do ogolonej glowy mial przyczepione elektrody. Nieprzytomny usmiechal sie.

Dwoch mezczyzn w bialych kitlach stalo w sasiednim pokoju z pulpitem zastawionym elektronika, Obserwowali lezacego przez okno w scianie.

  • Wciaz nieprzytomny – powiedzial pierwszy.
  • Zrobilismy wszystko, co w naszej mocy. Mysle, ze on po prostu nie chce sie obudzic – stwierdzil w zamysleniu drugi.
  • Jeszcze chwila i mielibysmy trupa.
  • Kto wie czy nie lepiej.
  • Dedrael odwalil dobra robote. Namierzyl go w rekordowym czasie.
  • Zdolny facet. Mowilem, ze daleko zajdzie.
  • To jak, Azrael, monitorujemy?
  • Nieprzytomnego?
  • A chcesz czekac, az sie obudzi? Jesli w ogole sie obudzi...
  • Dobra, monitorujemy.

Pierwszy umiescil krysztal w maszynie i zamknal obwod. Czekali w milczeniu, az procedura dobiegnie końca. Po jakims czasie otrzymali sygnal, ze transfer jest zakończony.

  • Odczyt – zarzadzil drugi.

Wpatrywali sie z oslupialymi minami w ekran. Wszystko co wyciagneli z umyslu nieprzytomnego miescilo sie w jednym zdaniu.

  • Cholerne blizniaczki – przeczytal pierwszy na glos.

* * *

Lezacy na stole usmiechal sie usmiechem czlowieka, ktory jest daleko.

 

Warszawa, marzec 1995