Jastankowa Relacja:
Dowspuda 2000 - brzmi dumnie.
Na festiwalu bylam juz (!) po raz trzeci - naturlis w roli sluchacza.
Nie bedzie to wiec relacja ze szczegolowa analiza poziomu artystycznego, co
kto i jak zagral itd. bo por
postu nie moja w tym rola.
Chcialabym podzielic sie moimi obserwacjami z punktu widzenia czlowieczka na
widowni.
Moze po kolei ...
Najpierw byla calonocna podroz (bez wiekszych wrazen ;-)
Potem przybycie na miejsce, wstepne rozeznanie w terenie i wyprawa na
wieczorno-sobotni koncert.
Pierwsze co mnie uderzylo, to (wszech)obecnosc ochrony, ktora nie zwracala
uwagi na szalejacych po
terenie festiwalu motocyklistow, za to skutecznie gasila wszelkie przejawy
inwencji tworczej, ktore
pojawialy sie w barze.
Jeden z panow, ktorym sterydy kipialy chyba uszami, podszedl do grupki osob
grajacych przy jednym ze
stolikow i tonem wladczym (takie chyba bylo zamierzenie) stwierdzil: \'MY TU
CHCEMY SPOKOJNIE
ZJESC!!!\' - az szkoda mi silic sie na szerszy komentarz.
Po raz drugi obecnosc ochrony dala sie odczuc pod scena - stali tam dwaj
panowie w ciemnych
okularach i stosownie bojowo nakrapianych uniformach.
Dziwne, nie przypominam sobie zeby podczas dwoch poprzednich festiwali, w
ktorych mialam
przyjemnosc uczestniczyc, tlumy rozwrzeszczanych fanek/fanow rzucaly sie na
scene w mniej lub
bardziej kompletnych strojach, celem zabrania stamtad wszyskiego, co nie
jest na stale przytwierdzone
do podloza (z wykonawcami wlacznie ... ) Skad wiec ten pomysl?
Ostatniego dnia panowie znikneli - ew. moja percepcja zostala powaznie
ograniczona przez piwenko i nie
udalo mi sie ich namierzyc?
A moze lepiej sie zamaskowali? ... ;- )
Atrakcja numer dwa - jezeli piwo, to tylko z browaru polnocnego!
No wlasnie! Bedac zagorzala fanka Zywca, niestety dowiedzialam sie, ze wbrew
zeszlorocznym tradycjom
festiwalowym, kiedy to kazdy mogl nabyc to, co najbardziej odpowiada jego
podniebieniu, tym razem
moge wybierac miedzy piwem Wigry a Wigry (czyli miedzy plastikowym kufelkiem
Wigry a puszka -
rowniez Wigry).
Ale Polak potrafi. Przy okazji zakupu kielbaski dowiedzialam sie, ze moge z
pobliskiego bagaznika
zdezelowanego pojazdu wybrac ulubiony trunek, pod warunkiem zachowania
stosownej konspiracji ;- )
(co tez uczynilam bez wiekszego wahania)
Atrakcja numer trzy - chyba najbardziej dajaca sie we znaki zarowno
wystepujacym jak i sluchaczom to
dosyc czeste zaniki napiecia.
W sobote wielokrotnie koncert przerywany byl z powodu wylaczonego swiatla.
Najbardziej chyba odczul to Open Folk - przez moment juz myslalam, ze do
wystepu nie dojdzie.
Wszystko zakonczylo sie jednak w miare spokojnie.
Niedziela pod wzgledem obslugi technicznej wypadla o wiele gorzej.
Pominawszy fakt, ze nie mielismy szczescia do naglosnienia - wystep zespolu
Slainte obfitowal w liczne
sprzezenia albo nagly zanik naglosnienia poszczegolnych instrumentow.
Pozostaje wspolczuc wszystkim
stojacym w pierwszych paru rzedach ...
Postacia pierwszoplanowa na scenie byl wlasnie czlowiek od naglosnienia - a
nie zespol. Odnioslam
wrazenie, ze jego rola (tego czlowieczka oczywiscie) ograniczala sie do
ciaglego biegania po scenie i
manipulowania mikrofonami (z marnym zreszta skutkiem)
Kiedy sytuacja byla juz na skraju katastrofy, kolega oddalil sie za kulisy
(na jego miejscu, tez bym sie
bala reakcji publicznosci ...)
Zadziwia fakt, ze w zeszlym roku i dwa lata temu jakos nie bylo tego typu
problemow.
Czyzby jednak praktyka nie czynila mistrza? Moze czas zmienic (wyszkolic)
ekipe techniczna?
Dobrze zapowiadajacemu sie wystepowi zespolu Shannon niestety nie dane bylo
dobrnac do
szczesliwego konca. W pewnym momencie swiatlo wokolo zgaslo i .... na tym
koniec. Leader kapelki
chwycil wiec za dudy i zaczal wymiatac bez naglosnienia - w zasadzie nie
bylo mu specjalnie potrzebne,
instrument i tak byl doskonale slyszalny.
Ktos przytomny przyniosl ogromna pochodnia i festiwal zakonczyl sie sesja
unplugged na dwie pary
dudziakow i bodhran. Mowie dwie pary, poniewaz do sesji dolaczyl (na
wezwanie publicznosci) Pawel
Dziemski z zespolu Slainte na swoich gaitach.
Rowniez woz policyjny, zaparkowany w stosownie ciemnym i kompletnie
uniemozliwiajacym orientacje
miejscu, zapragnal czynnie uczestniczyc w imprezie i uzyczyl swojego
reflektora.
W sumie dobrze, bo zdecydowanie dalo sie odczuc poruszenie wsrod co
niektorych przedstawicieli
mlodziezy, ktorzy rozgladali sie bacznie za kazdym pozostawionym samotnie
plecakiem czy czymkolkwiek
innym, mogacym przedstawiac jakas wartosc materialna ...
Jak sie potem okazalo, przyczyna naglego zgasniecia swiatla byl fakt, ze nie
cala okoliczna spolecznosc
akceptuje organizowany festiwal. Ktos sprytny przemknal przez sidla ochrony
(jako ,ze tam gdzie
panowie mogliby wetknac swoje muskuly, najbardziej ich zabraklo ...) i
skutecznie zniszczyl tranzystor
czy co tam innego.
Podsumowanie (dobra, dobra, teraz juz krotko)
Festiwal byl swietny i nie zacmi tego nawet fatalna niekiedy oprawa
organizacyjno-techniczna.
Publicznosc - a przeciez o nia glownie chodzi - nie zawiodla.
Bawila sie swietnie i doskonale radzila sobie z wszystkimi przeciwnosciami
losu.
Atmosfera festiwalu - w porzadku.
Chyba naprawde sytuacje kryzysowe bardzo zblizaja ;- )
Chetnie pojade w przyszlym roku ;)
JOe :P
Imprezy Towarzyszace - wedlug Konrada Bieleckiego:
Jakem obiecał, takoż piszę. Wiem wprawdzie, że pewnie nie o wszystkim wiem
;-), a o niektórych nie pamiętam, ale starałem się być na wszystkich
imprezach dodatkowych i co mi w czeluściach pamięci nie zaginęło, to opiszę.
Będę się starał pisać mniej więcej chronologicznie:
Przyjechałem. W piątek. Około 13.00 AM. Stopem.
1) Pierwsza hmmm... impreza? to wystawa fotografii czarnobiałej autorstwa p.
Stanisława Wosia pt. "Stonehenge". wystawa ta trwała chyba przez cały czas
festiwalu. Z góry uprzedzam, że nie znam się na fotografii, więc mój opis
będzie dla fachowców nieco żałosny. Jak dla mnie, były to po prostu zdjęcia
przedstawiające kamienne kręgi przy różnym oświetleniu i o różnych porach
dnia. Bardzo ciekawym, można powiedzieć eksperymentem było nakładanie zdjęć
kręgów na inne zdjęcia, powielanie, rozmywanie lub odbijanie lustrzane
niektórych elementów fotografii. Dawało to w kilku przypadkach niemal
"psychodeliczne" efekty. Mam nadzieję, że p. Woś się nie obrazi za tak
dziecinną i zdawkową recenzję jego wystawy ;-}
2) Kolejną ciekawostką, choć raczej nie powiązaną z kulturą celtycką był
pokaz slajdów "Krajobrazy Suwalszczyzny", który odbył się już w piątek, po
wieczornych koncertach. Jako zaprzedanego włóczęgę pokaz ten ruszył mnie
solidnie, bowiem po stokroć bardziej odpowiada mi krajobraz jezior i lasów
niż betonowej dżungli naszych miast. A zdjęcia były (w większości) bardzo
dobrej jakości, o interesujących tematach. Od krajobrazów, po faunę i florę.
Aż chciało się żyć.
3) Następną atrakcją był wieczorek autorski p. Marty Cywińskiej. Był to
niemal happening artystyczny z niewielkim udziałem publiczności. Ciekawostką
spotkania było przedstawienie żywej mapy baśniowej Anglii z czasów króla
Artura. Tu publiczność miała okazję się wykazać, gdyż p. Marta właśnie z
niej tworzyła jeziora, jaskinie oraz postacie z legend. Miałem i ja w tym
swój udział, i to nie bylejaki, bowiem młodzian wybrany na króla Artura
jakoś nie kwapił się z objęciem swego tronu, więc ja przejąłem jego rolę.
Niestety, rycerstwo nie za bardzo dopisało, gdyż z "moich" Rycerzy Okrągłego
Stołu stawiło się raptem sześciu. Na szczęście Ci, którzy stanęli, dzielnie
spełnili swój obowiązek.
Ogólnie pokaz bardzo mi się podobał, gdyż była to forma baśni opowiadanej
przez "czarownicę", a ponieważ uwielbiam legendy i wszelakie zmyślone
historie sprzed wieków to bawiłem się przednie. Szkoda tylko, że publiczność
wolała siedzieć i słuchać (i to niekoniecznie z zainteresowaniem), niż
czynnie brać udział w tej bajce. Po pokazie p. Marta rozdała niektórym (tzn.
tym, którzy zadeklarowali swój powrót w przyszłym roku, czyli m.in. mnie)
"talizmany", które zobowiązaliśmy się przywieźć ze sobą na następny
festiwal. Zobaczymy, na ile poważnie ludzie traktują swoje słowa ;))))
4) I znowu pokaz slajdów, o ile dobrze pamiętam w niedzielę. Tym razem coś
dla miłośników włóczęgi, czyli dla mnie. Wyprawa autostopem do Szkocji.
Niestety nie pamiętam imienia człowieka, który tą wyprawę zorganizował, ani
jego Damy, z którą to właśnie podróżował. Dość, że zdjęcia były wykonane
solidnie, choć daleko im (pod względem jakości) do tych z pokazu "Krajobrazy
Suwalszczyzny". Sama wyprawa bardzo ciekawa, między innymi śladami Rob
Roy'a. Można się było dowiedzieć paru ciekawostek, m.in. jak ta cała legenda
wygląda z punktu widzenia konkurencyjnego klanu - McLaren'ów (nie wiem, czy
to właściwa pisownia). W/g nich Robert McGregor to był zwykły łotr, rabuś i
szubrawiec, złodziej bydła i wymuszacz haraczy. Nieźle, nie? Ponadto była
foto-relacja ze "szkockiej olimpiady", czyli zawodów w dyscyplinach typowych
dla tej krainy, jak np. przenoszenie wielkiego bala itp. Wraz z kilkoma
znajomkami sami robimy takie dziwne wypady, więc przy okazji udało mi się
dowiedzieć też paru szczegółów technicznych, które mogą przyspieszyć naszą
wyprawę do Szkocji (a mamy ją w planach od dłuższego czasu).
5) Ostatnią atrakcją, której się czepię, to niedzielne spotkanie z dwoma
rodowitymi bretończykami: duetem Veillon/Riou. Obaj opowiadali trochę o
zwyczajach bretońskich, o muzyce, a nawet o jedzeniu typowemu dla
Bretończyków. Niestety forma, jaką przybrało to spotkanie, czyli publika
pyta, tłumacz (o ile dobrze pamiętam p.Tomasz Kowalczyk) tłumaczy, goście
odpowiadają i tłumacz znowu tłumaczy nie była najlepszym rozwiązaniem.
Przynajmniej moim zdaniem. Ludzie po prostu nie wiedzieli, o co pytać. Mimo
to, kilka co lepiej przygotowanych do spotkania, czy też po prostu co
odważniejszych osób uratowało spotkanie od klapy.
Tyle jeżeli chodzi o względnie oficjalne imprezy towarzyszące. Sporo było
też bardziej spontanicznych imprez, jak wspomniane w pozostałych recenzjach
muzykowanie w barku lub przy ognisku, tańce, hulanki, swawola, czy nawet
pojedynek na szkockie (chyba) miecze w parku. [Obaj zginęli ;)]. Ogólnie
była niezła jazda i z całą pewnością pojawię się w Dowspudzie w przyszłym
roku. Mam nadzieję, że nie sam. Na tym kończę, pozdrawiając organizatorów,
wykonawców i uczestników tej festiwalowej sielanki. 3maycie siem ciepło!!!
Konrad Jakub "Biały" Bielecki
marny poeta, mierny pijaczek
|
Relacja Padre:
Opisu drogi wszystkim oszczedze. W sumie jest to bardzo malo wazne, choc
mozna powiedziec ze bylo calkiem ciekawe, szczegolnie czekanie na
poboczu az nas chlopi zlinczuja za staranowanie bryczki.
W piatek bylo otwarcie festiwalu. W sumie powinien o tym pisac Wojtek
Ossowski, jako prowadzacy cala impreze. Niestety nie jestem w stanie
opisac calej imprezy w piatek, nie udalo mi sie zaliczyc wszystkich
punktow programu.
Po poludniu odbyly sie warsztaty tancow irlandzkich prowadzone przez
Comhlan, wiem o tym tylko z relacji. Wtedy jeszcze bylem w drodze do
Dowspudy.
Wieczorem zaczely sie koncerty. Po raz pierwszy mialem okazje uslyszec
Ule Kapale i jej ojca. Do tego wystepu mam jedno male zastrzezenie, choc
moze wynika to z tego ze czesc piosenek spiewanych przez Ule znam w
szybszych wersjach, przydaloby sie troszeczke wiecej zycia, werwy. Ale
bylo Ok, Ula spiewa niesamowicie.
Mozna bylo obejrzec wystepy zespolow tanecznych takich jak Comhlan,
ktory zaprezentowal tradycyjne tance irlandzkie, i Elphin z nowoczesnymi
tancami irlandzkimi.
Nie wystapil niestety Connor. Z tego co wiem Tomek jeszcze przebywa w
Irlandii, ale nie wiadomo mi z jakiego powodu nie zjawila sie reszta
zespolu.
Pierwszego dnia najdluzej chyba gral lokalny zespol Shamrock,
prezentujac nowe, ciekawe aranzacje znanych utworow.
Wieczor zakonczyl koncert zespolu Carrantuohill, grajacy jak na Speed
Celtow przystalo bardzo szybko. Z tego wystepu szczegolnie sposobala mi
sie kolysanka, zagrana na bis ktora Darek zagral na Bodhranie. W tym
wystepie razila mnie przedewszystkim perkusja, ale ogolnie rzecz biorac
ludzi byli zachwyceni. Wszyscy tanczyli przed scena i jeszcze w ogrodku
zaraz obok. W ogrodku w trakcie wystepu Carrantuohilli mial swoj maly
pokaz Comhlan. Oczywiscie, jezeli chodzi o piatek nie mozna nie
wspomniec o Pawle Kobusie z Open Folk, ktory dosc czesto pojawial sie na
scenie....hmmm... zagrzewajac publicznosc, miedzy innymi okrzykami:
"kochane Carrantuohille".
Po skonczeniu koncertow czesc publicznosci przeniosla sie do baru gdzie
udalo sie skrecic male granie, i powiem ze wychodzilo swietnie,
mandolina Piotrek, skrzypce Monika, byla jeszcze gitara i whistle, ale
nie znam imion ludzi, no i oczywiscie, nie moglo zabraknac tam mojego
bodhranu.
Sobota byla dniem bretonskim. Rozpoczal go Tomek prowadzac warsztaty
tancow bretonskich, jako ze nie bylem na nich nie moge wiele napisac.
Robert Siwak prowadzil takze warsztaty lomotania w bebenki, jako ze
przeznaczone byly one dla posiadaczy przeroznego rodzaju kongow, jamb i
innych tego rodzaju bebnow, zaczynam dochodzic do wniosku ze bebny
ramowe traktowane sa po macoszemu, chociaz na tych warsztatch pojawil
sie jeden posiadacz bebna ramowego, typu wschodniego(duzego i z kolkami
przy ramie).
Wieczorem odbyly sie koncerty Bal Kuzest, ktory niestety przegapilem
choc bardzo chcialem ich uslyszec, szczegolnie po zachetach Wandy Laddy,
gral Kwartet Jorgi. Na koniec, jako ostani wystapil zespol Open Folk.
Prawde mowiac ostatni raz widzialem wystep zespolu na tegorocznym
Grunwaldzie, Pawel mial wtedy reke na temblaku, i nie moge powiedziec
zeby tamten koncert jakos szczegolnie mi sie podobal. Natomiast to co OF
zaprezentowal w Dowspudzie znowu bylo pelne zycia i szczescia. Wydawalo
mi sie ze zaprezentowali dwa zupelnie nowe utwory, jednym z nich byla
cantiga de Santa Maria z tekstem po polsku. W czasie koncertu,
miejscami, Wanda przygrywala na Hroccie(zwanej tez Rota, czy z walijska
Cwrth-czyt. kurf) i zachorowalem na punkcie tego instrumentu.
Ponownie w czasie koncertow ludzie tanczyli przezd scena, czesc skaczac
wedle wlasnej fantazji, a czesc wykorzystywala to czego nauczyl ich po
poludniu Tomek.
Dla mnie wieczor ponownie skonczyl sie w barze gdzie ponownie udalo sie
skrzyknac ludzi i troszeczke pograc. Tym razem do skladu doszedl jeszcze
Pawel Dziemski z jego kolega ze Slainte( imienia niestety nie pomne).
Pogralismy, pospiewalem troche z Pawlem i musze powiedziec ze bylo
swietnie. Wanda Laddy i jeszcze Ania( ode mnie z Inis An Rince)
tanczyly. W pewnym momencie Pawel Iwaszkiewicz poprosil o jakas Branle,
a kiedy zagralismy zatanczyli i bylo swietnie. Kiedy gralismy, ludzie
zaczeli uderzac do rytmu w stol i w co tak popadlo(podjudzani do tego
przez przestawicieli Kwartetu Jorgi ;]) w pewnym momencie nie bylo juz
slychac skrzypiec Moniki, mojego Bodhranu, i nie jestem pewien czy Pawel
slyszal swoje dudy. Wynikiem tego transu, z lomotaniem w co popadnie
byly slady krwi na stole i bebnie Wandy, ktos sobie rozcharatal dlonie.
Moim zdaniem bylo swietnie.
Prawde mowiac wystepy w niedziele zaczelismy my. Jako ze w Dowspudzie
znalazla sie delegacja z Inis An Rince, jakkolwiek nie jako artysci a
jedynie widzowie, udalo sie nam wystapic w niedziele z krociutenkim
programem pieciu tancow, zakonczonych szpagatem. Odbylo sie to w ogrodku
przez scena, tuz przed warsztatmi tancow szkockich prowadzonych przez
Comhlan. W warsztatch bralem udzial i musze powiedziec ze strasznie mi
sie podobalo, tance znalem, ale i tak swietnie sie bawilem.
Wieczorem ponownie zagrala Ula Kapala. Widzialem wystep zespolu
Stonhenge, tutaj musze powiedziec ze kiedy widzialem ich ostatnio, a
bylo to w czerwcu kiedy grali w Nowej Hucie przy centrum kultury,
straszliwie brakowalo mi tam sesji rytmicznej, ale tym wtedy zajal sie
Gason z Comhlanu. Na Dowspudzie okazalo sie ze chlopaki zakupili
Bodhran, i bardzo dobrze. Potem przyszla kolej na wielka atrakcje,
wystep dwoch bretonczykow, ale za diabla i sto bananow nie moge sobie
przyppomniec ich nazwisk. Wystep byl mistrzowski, grali swietnie. Mozna
bylo uslyszec utwory irlandzkie, szkockie i oczywiscie bretonskie, grane
na flet poprzeczny i gitare. Wystep perfekcyjny i mistrzowski, niestety
troche monotonny.
Potem przygladalem sie wystepowi Slainte!, i ostrzezenia Pawla sie
spelnily, zagrali swietnie. Do ich skladu doszla jeszcze lira
korbowa (ostatnio znalazlem angielska nazwe hurdy gurdy) uzupelniajaca
ich muzyke w kilku utworach.
Jako ostatni, w niedziele zagrali Shannon. Uslyszalem zupelnie nowy
aranz do Foggy Dew, nigdy nie spotkalem sie z takim i musze przyznac ze
spodobal mi sie, glownie dlatego ze byl zupelnie inny niz wszystkie
ktore do tej pory slyszalem. Byl duzo szybszy niz ten ktory znam,
zmieniono melodie tak ze wyszla z tego inna piosenka, ale niesamowita w
wykonaniu Marcina. Niestety koncert Shannon trwal trzy utwory, w trakcie
czwartego wylaczono swiatlo. Wojtek Ossowski zaknal impreze, ale na
szczescie chlopaki nie zeszli jeszcze ze sceny. Marcin najpierw zrobil
specjalnie dla publicznosci pokaz laserow, kto byl i widzial wie o co
chodzi i opowiedzial kilka kawalow. Pomimo zamkniecia festiwalu Marcin
zlapal za swoje dudy, Marcus za swoj bodhran(20") i zeszli ze sceny
pomiedzy publicznosc grajac. Na srodek placu przyniesiono stojak z
plonacymi szczapami drewna i chlopaki grali przy tym. W pewnym momencie
przylaczyl sie ze swoimi dudami Pawel Dziemski, no i ja jeszcze zaczalem
kaleczyc na moim bodhranie. No i wszystkim sie bardzo podobalo. W
trakcie tego doszlo do ciekawego wydarzenia, na chwile Marcin i Pawel
zamienili sie swoimi dudami i zaczeli grac na tych pozyczonych, z roznym
skutkiem.
Co wam powiem to wam powiem, ale takiej imprezy dawno nie widzialem i
podejrzewam ze dlugo nie zobacze, a napewno przez najblizszy rok, bo w
przyszlym roku wybieram sie na 100%.
Pozdrawiam
Padre
|