IV Festiwal Kultury Celtyckiej w Dowspudzie, 25-27.08.2000

Teksty pochodzą z grup dyskusyjnych: dudziarz@egroups.com oraz muzykant@plearn.edu.pl


Jastankowa Relacja:

Dowspuda 2000 - brzmi dumnie.

Na festiwalu bylam juz (!) po raz trzeci - naturlis w roli sluchacza.

Nie bedzie to wiec relacja ze szczegolowa analiza poziomu artystycznego, co kto i jak zagral itd. bo por postu nie moja w tym rola. Chcialabym podzielic sie moimi obserwacjami z punktu widzenia czlowieczka na widowni.

Moze po kolei ...

Najpierw byla calonocna podroz (bez wiekszych wrazen ;-) Potem przybycie na miejsce, wstepne rozeznanie w terenie i wyprawa na wieczorno-sobotni koncert.

Pierwsze co mnie uderzylo, to (wszech)obecnosc ochrony, ktora nie zwracala uwagi na szalejacych po terenie festiwalu motocyklistow, za to skutecznie gasila wszelkie przejawy inwencji tworczej, ktore pojawialy sie w barze. Jeden z panow, ktorym sterydy kipialy chyba uszami, podszedl do grupki osob grajacych przy jednym ze stolikow i tonem wladczym (takie chyba bylo zamierzenie) stwierdzil: \'MY TU CHCEMY SPOKOJNIE ZJESC!!!\' - az szkoda mi silic sie na szerszy komentarz.

Po raz drugi obecnosc ochrony dala sie odczuc pod scena - stali tam dwaj panowie w ciemnych okularach i stosownie bojowo nakrapianych uniformach. Dziwne, nie przypominam sobie zeby podczas dwoch poprzednich festiwali, w ktorych mialam przyjemnosc uczestniczyc, tlumy rozwrzeszczanych fanek/fanow rzucaly sie na scene w mniej lub bardziej kompletnych strojach, celem zabrania stamtad wszyskiego, co nie jest na stale przytwierdzone do podloza (z wykonawcami wlacznie ... ) Skad wiec ten pomysl?

Ostatniego dnia panowie znikneli - ew. moja percepcja zostala powaznie ograniczona przez piwenko i nie udalo mi sie ich namierzyc? A moze lepiej sie zamaskowali? ... ;- )

Atrakcja numer dwa - jezeli piwo, to tylko z browaru polnocnego! No wlasnie! Bedac zagorzala fanka Zywca, niestety dowiedzialam sie, ze wbrew zeszlorocznym tradycjom festiwalowym, kiedy to kazdy mogl nabyc to, co najbardziej odpowiada jego podniebieniu, tym razem moge wybierac miedzy piwem Wigry a Wigry (czyli miedzy plastikowym kufelkiem Wigry a puszka - rowniez Wigry). Ale Polak potrafi. Przy okazji zakupu kielbaski dowiedzialam sie, ze moge z pobliskiego bagaznika zdezelowanego pojazdu wybrac ulubiony trunek, pod warunkiem zachowania stosownej konspiracji ;- ) (co tez uczynilam bez wiekszego wahania)

Atrakcja numer trzy - chyba najbardziej dajaca sie we znaki zarowno wystepujacym jak i sluchaczom to dosyc czeste zaniki napiecia. W sobote wielokrotnie koncert przerywany byl z powodu wylaczonego swiatla. Najbardziej chyba odczul to Open Folk - przez moment juz myslalam, ze do wystepu nie dojdzie. Wszystko zakonczylo sie jednak w miare spokojnie.

Niedziela pod wzgledem obslugi technicznej wypadla o wiele gorzej. Pominawszy fakt, ze nie mielismy szczescia do naglosnienia - wystep zespolu Slainte obfitowal w liczne sprzezenia albo nagly zanik naglosnienia poszczegolnych instrumentow. Pozostaje wspolczuc wszystkim stojacym w pierwszych paru rzedach ... Postacia pierwszoplanowa na scenie byl wlasnie czlowiek od naglosnienia - a nie zespol. Odnioslam wrazenie, ze jego rola (tego czlowieczka oczywiscie) ograniczala sie do ciaglego biegania po scenie i manipulowania mikrofonami (z marnym zreszta skutkiem) Kiedy sytuacja byla juz na skraju katastrofy, kolega oddalil sie za kulisy (na jego miejscu, tez bym sie bala reakcji publicznosci ...) Zadziwia fakt, ze w zeszlym roku i dwa lata temu jakos nie bylo tego typu problemow. Czyzby jednak praktyka nie czynila mistrza? Moze czas zmienic (wyszkolic) ekipe techniczna?

Dobrze zapowiadajacemu sie wystepowi zespolu Shannon niestety nie dane bylo dobrnac do szczesliwego konca. W pewnym momencie swiatlo wokolo zgaslo i .... na tym koniec. Leader kapelki chwycil wiec za dudy i zaczal wymiatac bez naglosnienia - w zasadzie nie bylo mu specjalnie potrzebne, instrument i tak byl doskonale slyszalny. Ktos przytomny przyniosl ogromna pochodnia i festiwal zakonczyl sie sesja unplugged na dwie pary dudziakow i bodhran. Mowie dwie pary, poniewaz do sesji dolaczyl (na wezwanie publicznosci) Pawel Dziemski z zespolu Slainte na swoich gaitach. Rowniez woz policyjny, zaparkowany w stosownie ciemnym i kompletnie uniemozliwiajacym orientacje miejscu, zapragnal czynnie uczestniczyc w imprezie i uzyczyl swojego reflektora. W sumie dobrze, bo zdecydowanie dalo sie odczuc poruszenie wsrod co niektorych przedstawicieli mlodziezy, ktorzy rozgladali sie bacznie za kazdym pozostawionym samotnie plecakiem czy czymkolkwiek innym, mogacym przedstawiac jakas wartosc materialna ...

Jak sie potem okazalo, przyczyna naglego zgasniecia swiatla byl fakt, ze nie cala okoliczna spolecznosc akceptuje organizowany festiwal. Ktos sprytny przemknal przez sidla ochrony (jako ,ze tam gdzie panowie mogliby wetknac swoje muskuly, najbardziej ich zabraklo ...) i skutecznie zniszczyl tranzystor czy co tam innego.

Podsumowanie (dobra, dobra, teraz juz krotko) Festiwal byl swietny i nie zacmi tego nawet fatalna niekiedy oprawa organizacyjno-techniczna.

Publicznosc - a przeciez o nia glownie chodzi - nie zawiodla. Bawila sie swietnie i doskonale radzila sobie z wszystkimi przeciwnosciami losu. Atmosfera festiwalu - w porzadku. Chyba naprawde sytuacje kryzysowe bardzo zblizaja ;- )

Chetnie pojade w przyszlym roku ;)

JOe :P


Imprezy Towarzyszace - wedlug Konrada Bieleckiego:

Jakem obiecał, takoż piszę. Wiem wprawdzie, że pewnie nie o wszystkim wiem ;-), a o niektórych nie pamiętam, ale starałem się być na wszystkich imprezach dodatkowych i co mi w czeluściach pamięci nie zaginęło, to opiszę.

Będę się starał pisać mniej więcej chronologicznie:

Przyjechałem. W piątek. Około 13.00 AM. Stopem.

1) Pierwsza hmmm... impreza? to wystawa fotografii czarnobiałej autorstwa p. Stanisława Wosia pt. "Stonehenge". wystawa ta trwała chyba przez cały czas festiwalu. Z góry uprzedzam, że nie znam się na fotografii, więc mój opis będzie dla fachowców nieco żałosny. Jak dla mnie, były to po prostu zdjęcia przedstawiające kamienne kręgi przy różnym oświetleniu i o różnych porach dnia. Bardzo ciekawym, można powiedzieć eksperymentem było nakładanie zdjęć kręgów na inne zdjęcia, powielanie, rozmywanie lub odbijanie lustrzane niektórych elementów fotografii. Dawało to w kilku przypadkach niemal "psychodeliczne" efekty. Mam nadzieję, że p. Woś się nie obrazi za tak dziecinną i zdawkową recenzję jego wystawy ;-}

2) Kolejną ciekawostką, choć raczej nie powiązaną z kulturą celtycką był pokaz slajdów "Krajobrazy Suwalszczyzny", który odbył się już w piątek, po wieczornych koncertach. Jako zaprzedanego włóczęgę pokaz ten ruszył mnie solidnie, bowiem po stokroć bardziej odpowiada mi krajobraz jezior i lasów niż betonowej dżungli naszych miast. A zdjęcia były (w większości) bardzo dobrej jakości, o interesujących tematach. Od krajobrazów, po faunę i florę. Aż chciało się żyć.

3) Następną atrakcją był wieczorek autorski p. Marty Cywińskiej. Był to niemal happening artystyczny z niewielkim udziałem publiczności. Ciekawostką spotkania było przedstawienie żywej mapy baśniowej Anglii z czasów króla Artura. Tu publiczność miała okazję się wykazać, gdyż p. Marta właśnie z niej tworzyła jeziora, jaskinie oraz postacie z legend. Miałem i ja w tym swój udział, i to nie bylejaki, bowiem młodzian wybrany na króla Artura jakoś nie kwapił się z objęciem swego tronu, więc ja przejąłem jego rolę. Niestety, rycerstwo nie za bardzo dopisało, gdyż z "moich" Rycerzy Okrągłego Stołu stawiło się raptem sześciu. Na szczęście Ci, którzy stanęli, dzielnie spełnili swój obowiązek. Ogólnie pokaz bardzo mi się podobał, gdyż była to forma baśni opowiadanej przez "czarownicę", a ponieważ uwielbiam legendy i wszelakie zmyślone historie sprzed wieków to bawiłem się przednie. Szkoda tylko, że publiczność wolała siedzieć i słuchać (i to niekoniecznie z zainteresowaniem), niż czynnie brać udział w tej bajce. Po pokazie p. Marta rozdała niektórym (tzn. tym, którzy zadeklarowali swój powrót w przyszłym roku, czyli m.in. mnie) "talizmany", które zobowiązaliśmy się przywieźć ze sobą na następny festiwal. Zobaczymy, na ile poważnie ludzie traktują swoje słowa ;))))

4) I znowu pokaz slajdów, o ile dobrze pamiętam w niedzielę. Tym razem coś dla miłośników włóczęgi, czyli dla mnie. Wyprawa autostopem do Szkocji. Niestety nie pamiętam imienia człowieka, który tą wyprawę zorganizował, ani jego Damy, z którą to właśnie podróżował. Dość, że zdjęcia były wykonane solidnie, choć daleko im (pod względem jakości) do tych z pokazu "Krajobrazy Suwalszczyzny". Sama wyprawa bardzo ciekawa, między innymi śladami Rob Roy'a. Można się było dowiedzieć paru ciekawostek, m.in. jak ta cała legenda wygląda z punktu widzenia konkurencyjnego klanu - McLaren'ów (nie wiem, czy to właściwa pisownia). W/g nich Robert McGregor to był zwykły łotr, rabuś i szubrawiec, złodziej bydła i wymuszacz haraczy. Nieźle, nie? Ponadto była foto-relacja ze "szkockiej olimpiady", czyli zawodów w dyscyplinach typowych dla tej krainy, jak np. przenoszenie wielkiego bala itp. Wraz z kilkoma znajomkami sami robimy takie dziwne wypady, więc przy okazji udało mi się dowiedzieć też paru szczegółów technicznych, które mogą przyspieszyć naszą wyprawę do Szkocji (a mamy ją w planach od dłuższego czasu).

5) Ostatnią atrakcją, której się czepię, to niedzielne spotkanie z dwoma rodowitymi bretończykami: duetem Veillon/Riou. Obaj opowiadali trochę o zwyczajach bretońskich, o muzyce, a nawet o jedzeniu typowemu dla Bretończyków. Niestety forma, jaką przybrało to spotkanie, czyli publika pyta, tłumacz (o ile dobrze pamiętam p.Tomasz Kowalczyk) tłumaczy, goście odpowiadają i tłumacz znowu tłumaczy nie była najlepszym rozwiązaniem. Przynajmniej moim zdaniem. Ludzie po prostu nie wiedzieli, o co pytać. Mimo to, kilka co lepiej przygotowanych do spotkania, czy też po prostu co odważniejszych osób uratowało spotkanie od klapy.

Tyle jeżeli chodzi o względnie oficjalne imprezy towarzyszące. Sporo było też bardziej spontanicznych imprez, jak wspomniane w pozostałych recenzjach muzykowanie w barku lub przy ognisku, tańce, hulanki, swawola, czy nawet pojedynek na szkockie (chyba) miecze w parku. [Obaj zginęli ;)]. Ogólnie była niezła jazda i z całą pewnością pojawię się w Dowspudzie w przyszłym roku. Mam nadzieję, że nie sam. Na tym kończę, pozdrawiając organizatorów, wykonawców i uczestników tej festiwalowej sielanki. 3maycie siem ciepło!!!

Konrad Jakub "Biały" Bielecki

marny poeta, mierny pijaczek


Relacja Padre:

Opisu drogi wszystkim oszczedze. W sumie jest to bardzo malo wazne, choc mozna powiedziec ze bylo calkiem ciekawe, szczegolnie czekanie na poboczu az nas chlopi zlinczuja za staranowanie bryczki.

W piatek bylo otwarcie festiwalu. W sumie powinien o tym pisac Wojtek Ossowski, jako prowadzacy cala impreze. Niestety nie jestem w stanie opisac calej imprezy w piatek, nie udalo mi sie zaliczyc wszystkich punktow programu. Po poludniu odbyly sie warsztaty tancow irlandzkich prowadzone przez Comhlan, wiem o tym tylko z relacji. Wtedy jeszcze bylem w drodze do Dowspudy.

Wieczorem zaczely sie koncerty. Po raz pierwszy mialem okazje uslyszec Ule Kapale i jej ojca. Do tego wystepu mam jedno male zastrzezenie, choc moze wynika to z tego ze czesc piosenek spiewanych przez Ule znam w szybszych wersjach, przydaloby sie troszeczke wiecej zycia, werwy. Ale bylo Ok, Ula spiewa niesamowicie.

Mozna bylo obejrzec wystepy zespolow tanecznych takich jak Comhlan, ktory zaprezentowal tradycyjne tance irlandzkie, i Elphin z nowoczesnymi tancami irlandzkimi.

Nie wystapil niestety Connor. Z tego co wiem Tomek jeszcze przebywa w Irlandii, ale nie wiadomo mi z jakiego powodu nie zjawila sie reszta zespolu.

Pierwszego dnia najdluzej chyba gral lokalny zespol Shamrock, prezentujac nowe, ciekawe aranzacje znanych utworow. Wieczor zakonczyl koncert zespolu Carrantuohill, grajacy jak na Speed Celtow przystalo bardzo szybko. Z tego wystepu szczegolnie sposobala mi sie kolysanka, zagrana na bis ktora Darek zagral na Bodhranie. W tym wystepie razila mnie przedewszystkim perkusja, ale ogolnie rzecz biorac ludzi byli zachwyceni. Wszyscy tanczyli przed scena i jeszcze w ogrodku zaraz obok. W ogrodku w trakcie wystepu Carrantuohilli mial swoj maly pokaz Comhlan. Oczywiscie, jezeli chodzi o piatek nie mozna nie wspomniec o Pawle Kobusie z Open Folk, ktory dosc czesto pojawial sie na scenie....hmmm... zagrzewajac publicznosc, miedzy innymi okrzykami: "kochane Carrantuohille".

Po skonczeniu koncertow czesc publicznosci przeniosla sie do baru gdzie udalo sie skrecic male granie, i powiem ze wychodzilo swietnie, mandolina Piotrek, skrzypce Monika, byla jeszcze gitara i whistle, ale nie znam imion ludzi, no i oczywiscie, nie moglo zabraknac tam mojego bodhranu.

Sobota byla dniem bretonskim. Rozpoczal go Tomek prowadzac warsztaty tancow bretonskich, jako ze nie bylem na nich nie moge wiele napisac. Robert Siwak prowadzil takze warsztaty lomotania w bebenki, jako ze przeznaczone byly one dla posiadaczy przeroznego rodzaju kongow, jamb i innych tego rodzaju bebnow, zaczynam dochodzic do wniosku ze bebny ramowe traktowane sa po macoszemu, chociaz na tych warsztatch pojawil sie jeden posiadacz bebna ramowego, typu wschodniego(duzego i z kolkami przy ramie).

Wieczorem odbyly sie koncerty Bal Kuzest, ktory niestety przegapilem choc bardzo chcialem ich uslyszec, szczegolnie po zachetach Wandy Laddy, gral Kwartet Jorgi. Na koniec, jako ostani wystapil zespol Open Folk. Prawde mowiac ostatni raz widzialem wystep zespolu na tegorocznym Grunwaldzie, Pawel mial wtedy reke na temblaku, i nie moge powiedziec zeby tamten koncert jakos szczegolnie mi sie podobal. Natomiast to co OF zaprezentowal w Dowspudzie znowu bylo pelne zycia i szczescia. Wydawalo mi sie ze zaprezentowali dwa zupelnie nowe utwory, jednym z nich byla cantiga de Santa Maria z tekstem po polsku. W czasie koncertu, miejscami, Wanda przygrywala na Hroccie(zwanej tez Rota, czy z walijska Cwrth-czyt. kurf) i zachorowalem na punkcie tego instrumentu. Ponownie w czasie koncertow ludzie tanczyli przezd scena, czesc skaczac wedle wlasnej fantazji, a czesc wykorzystywala to czego nauczyl ich po poludniu Tomek.

Dla mnie wieczor ponownie skonczyl sie w barze gdzie ponownie udalo sie skrzyknac ludzi i troszeczke pograc. Tym razem do skladu doszedl jeszcze Pawel Dziemski z jego kolega ze Slainte( imienia niestety nie pomne). Pogralismy, pospiewalem troche z Pawlem i musze powiedziec ze bylo swietnie. Wanda Laddy i jeszcze Ania( ode mnie z Inis An Rince) tanczyly. W pewnym momencie Pawel Iwaszkiewicz poprosil o jakas Branle, a kiedy zagralismy zatanczyli i bylo swietnie. Kiedy gralismy, ludzie zaczeli uderzac do rytmu w stol i w co tak popadlo(podjudzani do tego przez przestawicieli Kwartetu Jorgi ;]) w pewnym momencie nie bylo juz slychac skrzypiec Moniki, mojego Bodhranu, i nie jestem pewien czy Pawel slyszal swoje dudy. Wynikiem tego transu, z lomotaniem w co popadnie byly slady krwi na stole i bebnie Wandy, ktos sobie rozcharatal dlonie. Moim zdaniem bylo swietnie.

Prawde mowiac wystepy w niedziele zaczelismy my. Jako ze w Dowspudzie znalazla sie delegacja z Inis An Rince, jakkolwiek nie jako artysci a jedynie widzowie, udalo sie nam wystapic w niedziele z krociutenkim programem pieciu tancow, zakonczonych szpagatem. Odbylo sie to w ogrodku przez scena, tuz przed warsztatmi tancow szkockich prowadzonych przez Comhlan. W warsztatch bralem udzial i musze powiedziec ze strasznie mi sie podobalo, tance znalem, ale i tak swietnie sie bawilem. Wieczorem ponownie zagrala Ula Kapala. Widzialem wystep zespolu Stonhenge, tutaj musze powiedziec ze kiedy widzialem ich ostatnio, a bylo to w czerwcu kiedy grali w Nowej Hucie przy centrum kultury, straszliwie brakowalo mi tam sesji rytmicznej, ale tym wtedy zajal sie Gason z Comhlanu. Na Dowspudzie okazalo sie ze chlopaki zakupili Bodhran, i bardzo dobrze. Potem przyszla kolej na wielka atrakcje, wystep dwoch bretonczykow, ale za diabla i sto bananow nie moge sobie przyppomniec ich nazwisk. Wystep byl mistrzowski, grali swietnie. Mozna bylo uslyszec utwory irlandzkie, szkockie i oczywiscie bretonskie, grane na flet poprzeczny i gitare. Wystep perfekcyjny i mistrzowski, niestety troche monotonny.

Potem przygladalem sie wystepowi Slainte!, i ostrzezenia Pawla sie spelnily, zagrali swietnie. Do ich skladu doszla jeszcze lira korbowa (ostatnio znalazlem angielska nazwe hurdy gurdy) uzupelniajaca ich muzyke w kilku utworach.

Jako ostatni, w niedziele zagrali Shannon. Uslyszalem zupelnie nowy aranz do Foggy Dew, nigdy nie spotkalem sie z takim i musze przyznac ze spodobal mi sie, glownie dlatego ze byl zupelnie inny niz wszystkie ktore do tej pory slyszalem. Byl duzo szybszy niz ten ktory znam, zmieniono melodie tak ze wyszla z tego inna piosenka, ale niesamowita w wykonaniu Marcina. Niestety koncert Shannon trwal trzy utwory, w trakcie czwartego wylaczono swiatlo. Wojtek Ossowski zaknal impreze, ale na szczescie chlopaki nie zeszli jeszcze ze sceny. Marcin najpierw zrobil specjalnie dla publicznosci pokaz laserow, kto byl i widzial wie o co chodzi i opowiedzial kilka kawalow. Pomimo zamkniecia festiwalu Marcin zlapal za swoje dudy, Marcus za swoj bodhran(20") i zeszli ze sceny pomiedzy publicznosc grajac. Na srodek placu przyniesiono stojak z plonacymi szczapami drewna i chlopaki grali przy tym. W pewnym momencie przylaczyl sie ze swoimi dudami Pawel Dziemski, no i ja jeszcze zaczalem kaleczyc na moim bodhranie. No i wszystkim sie bardzo podobalo. W trakcie tego doszlo do ciekawego wydarzenia, na chwile Marcin i Pawel zamienili sie swoimi dudami i zaczeli grac na tych pozyczonych, z roznym skutkiem.

Co wam powiem to wam powiem, ale takiej imprezy dawno nie widzialem i podejrzewam ze dlugo nie zobacze, a napewno przez najblizszy rok, bo w przyszlym roku wybieram sie na 100%.

Pozdrawiam

Padre


Copyright: Paweł Dziemski 1998, 1999, 2000
Ta strona jest częścią: Pierwszej Polskiej Strony Dudziarskiej